Zmiana…

Długo nie mogłam napisać nowego tekstu. Z jednej strony działo się tak wiele. Z drugiej, każda kolejna wiadomość oddalała mnie od świata i zmuszała do spojrzenia w głąb siebie. Spojrzenia, które nie było ani krytyczne ani odkrywcze. Było delikatnie niepokojące, bo nie umiałam rozpoznać co się ze mną dzieje. Wobec tych „ważnych” wydarzeń ja ze swoim malutkim światem nie wypadłam z rytmu – dzieci, terapia, praca… A jednak coś się zmieniło. Tylko co?

Czytam o chamstwie i o tym jak kolejne osoby z pierwszych stron gazet przekraczają „nieprzekraczalne” granice. Przypominają mi się słowa kilku osób o tym jaką wielką stratą jest to, że młodzi ludzie nie mają autorytetów. I przeraża mnie myśl, że to nieprawda – mają autorytety, tylko nikt przy zdrowych zmysłach nie chce przyznać, że właśnie „ci” ludzie są autorytetami, bo gdzieś z tyłu głowy wiemy, co to oznacza. Ale media nie pokazują tych wartościowych, którzy mało spektakularnie, mozolnie i konsekwentnie budują rzeczy wartościowe i dobre. Model biznesowy na to nie pozwala – takie tematy, tacy „bohaterowie” nie sprzedadzą nakładu. Przepadło. Przepraszamy was droga młodzieży – dostajecie takich bohaterów, za jakich chcecie płacić i na podstawie takich postaw sami sobie zbudujecie swój świat za kilka lat. Może będziecie mieli do nas pretensje, że nie pokazaliśmy wam czegoś innego, ale to niczego nie zmieni – będziecie tym kim będziecie. Z takimi wartościami. Z takimi wzorami. Z takimi idolami. Nikt za was nie wymyśli waszych marzeń, celów i pragnień. Nikt za was nie zbuduje świata, w którym będziecie żyli.



Ale zachwyca mnie to, że jest jakaś ukryta siła, która sprawia, że tu i tam pojawiają się ludzie „inni”. Znający świat z książek, a nie gazet. Znający bohaterów z historii, a nie z telewizji. I myślę o tym, że to są najpiękniejsi ludzie jakich znam. Chociaż brak im jeszcze doświadczenia, brak im wiedzy i cierpliwości. Rozpala ich ogień tworzenia, działania i zdobywania nowych terytoriów. Może to oni zbudują przyszłość? Jeśli tak – jestem spokojna, bo oni nie zaprzepaszczą tego, co za nami jest dobre i nie będą gloryfikować tego co w nas złe – oni mają „swój rozum”. Cieszę się, że czasem mogę być z nimi. Że czasem mogę im pomóc.

Myślę że nie da się zmienić kierunku zmian, które obserwuję, tak jak nie da się odwrócić biegu rzeki. Trzeba trzymać się tego, co wiemy, tego co czujemy i robić swoje. Nie dać się zwariować – nie dać się porwać światu konsumpcji, pustym i bezrefleksyjnym rozrywkom. Po prostu spróbować nadal być lepszym każdego dnia, nie poddając się fali bycia nijakim…

Czytam o okrucieństwie i o tym jak „cywilizowany” świat zastanawia się nad tym, jak to okrucieństwo zatrzymać. I chociaż mam wątpliwość czy to stosowne, nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich kobietach, których oprawcy nigdy nie wzbudzą medialnego zainteresowania – bo nie są prezydentami. Są zwykłymi bankierami, piekarzami, lekarzami, mechanikami, prezesami, pracownikami fizycznymi. Nic w nich ciekawego. Nic godnego uwagi. Co z tego, że katują swoje żony. Czasem fizycznie. Czasem tylko słowem, gestem – masakrując ich psychikę. Czasem wykorzystują do tego pieniądze… To takie… zwykłe? Bo dzieje się w mieszkaniu obok. Bo to kolega z pracy. Bo przecież jak bije to znaczy że kocha.

Jeszcze raz przepraszam – bardzo chciałabym, żeby nigdzie na świecie nie było dyktatur. I uważam, że żadnym wytłumaczeniem nie jest to, że jakiś kraj leży w Europie, a jakiś w Afryce czy Azji – żaden człowiek na świecie nie zasłużył, żeby żyć pod rządami krwawych dyktatorów. Żaden! Ani ten w Azji, ani ten w Afryce, ani ten w demokratycznym, wolnym kraju środkowej Europy.

Życie płynie dzień po dniu. Czasem wchodzimy w relację, które wciągają nas w sidła. Inni pukają się w głowę mówiąc, że sami jesteśmy sobie winni – przecież nikt normalny zgodziłby się żyć w takim układzie… Ale my się wcale na to nie godziliśmy. Kiedy relacja się zaczynała nasz przyszły kat był miły, dbający, ciepły, uważny – był idealny. Potem, któregoś dnia pojawiła się jakaś rysa – ale przecież każdy ma swoje wady – prawda? Nie można pozwalać drobiazgom niszczyć czegoś ważnego, wielkiego. I tak mijają dni. Nie zauważamy że nasz „idealny” partner zmienia powoli słowa. Że to co dawniej budowało w nas poczucie wyjątkowości, dzisiaj buduje poczucie niższości. A cały kłopot polega na tym, że to się dzieje bardzo powoli. Rozłożone na miesiące i lata. On zniewala nas, uzależnia od siebie. Wmawia, że nikt poza nim nie zainteresuje się taką miernotą jak my. Że nie mamy żadnego wyjścia – bo jeśli nie on to kto? Zostaniemy same. A przecież nic nie umiemy, nic nie jesteśmy w stanie same zrobić…

Drodzy „pukający się w czoło” – kiedyś byłyśmy takie jak wy. Pełne wiary, świadome tego co jesteśmy warte. Nie zrezygnowałyśmy z siebie z własnego wyboru – nasi oprawcy omotali nas, zmanipulowali i wmówili nam, że nie mamy innego wyjścia, jak znosić ich niepodzielne rządy, bo nikt inny nas nie przygarnie. Nie wiecie jak wielkiej odwagi i siły trzeba, żeby się wyrwać z takich sideł. Nie wiecie jak trudno jest uwierzyć znów w siebie. I powinniście cieszyć się, że nigdy nie znaleźliście się w podobnej sytuacji. Ale następnym razem zanim popukasz się w głowę – zadaj sobie pytanie, czy na pewno wiesz o czym mówisz. Czy potrafisz sobie to wyobrazić? Zastanów się czego ty byś chciał, gdybyś znalazł się w sytuacji, która cię przerasta – czy chciałbyś, żeby ktoś się z ciebie śmiał? Może jednak chciałbyś, żeby ktoś wyciągnął do ciebie pomocną dłoń? Zastanów się najpierw, a potem zrób to, co uważasz za stosowne…

Staram się nie myśleć o całym cierpieniu jakie ma miejsce na świecie – to dla mnie za dużo. Świadomie ograniczam się i skupiam tylko na tym, co jest najbliżej mnie. Skupiam się na tych ludziach, dla których mogę coś zrobić. Nawet jeśli pomogę jednej osobie na sto – to wiem, że jedna osoba weszła na drogę do szczęścia. A kiedy po roku dostaję od takiej osoby list z jednym prostym słowem „dziękuję” to moja radość jest nie do opisania. I wtedy wiem, że robię to, co powinnam i że będę to robiła dalej.
Trwa ładowanie komentarzy...