O autorze
Jedna z najsłynniejszych polskich modelek. II Wice Miss Polonia 1993. Finalistka konkursu Elitte Model Look. Brała udział w pokazach pret-a-porter między innymi w Paryżu, Berlinie i Santiago de Chile. Byłą gwiazdą na wybiegach światowych i polskich projektantów. Masową popularność zdobyła jako współprowadząca program „Na każdy temat” – pierwszy polski talk-show z prawdziwego zdarzenia nadawany od 1994 do 1998 roku w telewizji Polsat. Autorka książek: „Wszystkie odcienie czerni” oraz „Ilona Felicjańska. Cała prawda o...”
Znana także z reklam między innymi takich firm jak: Miss Sporty, Palmolive i Irena Eris.
W 2005 roku założyła własną agencję eventowo-PRową Felicjańska Media. W 2006 roku została fundatorem i prezesem Fundacji Niezapominajka za działalność której otrzymała europejską nagrodę "Walk in style" z rąk Księżnej Danii. Była Ambasadorką kampanii społecznych takich jak „Stawiam na mleko i produkty mleczne”, „Rośnij zdrowo”, „Różowy telefon Samsunga”, "Zdrowy nawyk, zdrowe piersi" i wielu innych.
Obecnie mama dwóch synów oraz świadoma własnej wartości i atrakcyjności
kobieta. Nadal modelka!Jest Ambasadorem domu mody Le Blakk by Katarzyna Huberts i MIMA Bags Maciej Muszyński. Czynnie wspiera działalność młodych projektantów, fotografów, fryzjerów i makijażystów.
Brawurowo zagrała w filmie krótkometrażowym Patryka Borowiaka „Primadonna”. Czekamy na film krótkometrażowy "Beyond life" Arcadiusa Mauritza i Yossariana Malewskiego – z jego muzyką – nakręcony na podstawie epizodu z życia Ilony.
Cały czas realizuje się również w roli działaczki społecznej oraz bizneswoman. Prowadzi własna kampanie społeczna skierowana do kobiet „Pamiętaj o samokontroli” www.fb.com/pamietajosamokontroliw której mówi do kobiet o zdrowym egoizmie i szukaniu własnej szczęśliwej drogi życia bez
względu na wiek. Nieoficjalna Ambasadorka kobiet uzależnionych od alkoholu.

Ile jest warta trzeźwość?

„Dziś niczego nie żałuję - wiem, że wszystko było ważne i miało swój cel. Każda krytyka - jeśli jest konstruktywna - pomaga mi, a wszystkie „hejty” - niewiele dla mnie znaczą. Zarzuca mi się, że mówię za dużo, i to o rzeczach, o jakich nie powinno się w naszym kraju mówić na głos, oraz że publicznie piorę swoje brudy. Ale dla mnie to nie są żadne „brudy”! To są sytuacje, z jakimi miliony kobiet zmagają się na co dzień i nie potrafią sobie poradzić… Mnie się udało i wiem, że to, co robię, pomaga innym. Jeden list od kobiety, która twierdzi, że dzięki temu odzyskała życie i szczęście, jest dla mnie dużo ważniejszy niż tysiąc „hejtów”, jakie czytam na swój temat.” – twierdzi w szczerej rozmowie z nami Ilona Felicjańska, znana modelka i II wicemiss Polonia 93’, która nie boi się publicznie mówić o swoim alkoholizmie. Sama nazywa siebie „ambasadorką kobiet uzależnionych od alkoholu”.

Dorota Bąk: W czasie twojej 2,5-letniej abstynencji napisałaś trzy książki, w tym dwie, w których opisałaś swoje zmagania z uzależnieniem od alkoholu. Najnowsza - „Jak być niezniszczalną. O uzależnieniu, depresji, przemocy”- to poradnik, w którym pokazujesz, jak być szczęśliwą trzeźwiejącą osobą… Skąd pomysł jej napisania?



Ilona Felicjańska: Po publikacji wywiadu-rzeki „Cała prawda o…” otrzymałam wiele listów od osób uzależnionych i doświadczających przemocy. Pomyślałam, że warto napisać kolejną i dotarłam do wydawnictwa, któremu spodobał się ten pomysł. Jestem też wdzięczna Idze Rembiszewskiej, która dodała mi otuchy słowami: „Ilona, napisz poradnik dla kobiet, które potrzebują twojej siły, twojego wsparcia.”. I tak też zrobiłam. Z jednej strony opisuję w niej moje przeżycia i doświadczenia dotyczące uzależnienia, przemocy, depresji i strachu, który tak bardzo nas ogranicza, a z drugiej – zawarłam w niej głosy ekspertów. Wypowiadający się specjaliści terapii uzależnień - m.in. Jagoda Fudała, obecna kierownik działu Lecznictwa Odwykowego i Programów Medycznych w PARPA, oraz dr med. Bohdan T. Woronowicz, cudowny, ciepły i wrażliwy człowiek - to osoby, które mnie znają i potwierdzają prawdziwość moich słów. Ta książka jest świadectwem osoby, która przeszła tę drogę. Dzięki komentarzom specjalistów mogliśmy pokazać, jak wyglądają mechanizmy rządzące chorobą alkoholową przez pryzmat moich własnych doświadczeń. Cudowne jest to, że dostaję od obcych ludzi takie wiadomości: „Pół roku temu napisałam do ciebie, nie wierząc, że odpiszesz, a od pół roku nie piję - jestem w terapii”. To dodaje mi sił i utwierdza w przekonaniu, że warto... Warto było przejść tę drogę po to, aby dziś być świadomą, dojrzałą, szczęśliwą kobietą, pewną tego, że to, co robię, daje innym siłę i nadzieję.



D.B.: Cofnijmy się o kilka lat. Jak to się zaczęło? Czym był dla Ciebie alkohol - co „załatwiał”?

I.F.: Na początku z całą pewnością nie miałam świadomości, że coś mi załatwia. Alkohol był dla mnie tym, czym jest dla wielu młodych ludzi - gwarancją poprawy nastroju, dobrej zabawy. Dla mnie, osoby z zaburzonym poczuciem wartości, jaką kiedyś byłam, był on swego rodzaju „otwieraczem” – dzięki niemu czułam się lepiej, fajniej, ciekawiej. Szybko wpadłam w tę pułapkę i alkohol nagle zawładnął moją duszą i ciałem. Ja zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak łatwo można przekroczyć tę cienką granicę. Nam się wydaje, że alkoholik to ktoś, kto pije na umór. Nic bardziej mylnego! W Polsce nie mówi się o tym, że tak naprawdę to nie ilość wypitego alkoholu się liczy, a częstotliwość. Nawet jeśli codziennie wypijamy TYLKO dwie, trzy buteleczki piwa, które mogłyby się wydawać niczym, to trzeba pamiętać, że alkohol jest środkiem toksycznym, zmieniającym świadomość, niszczącym i uzależniającym. Codzienne, systematyczne dostarczanie go do organizmu może być zgubne. Kobiety powinny się zastanowić nawet nad jednym kieliszkiem wina dziennie… Ktoś mógłby zapytać: „A Włosi, Francuzi - wszyscy są uzależnieni?” Tylko że oni nie piją po to, aby sobie coś „załatwiać” alkoholem, a gdy piją - nie zwiększają z różnych powodów ilości. A niebezpieczne jest właśnie to, że gdy my - pijąc codziennie jedną lampkę wina – nagle doświadczymy przykrości, np. rzuci nas chłopak, stracimy pracę czy stanie się cokolwiek, co pogorszy nasz nastrój – sięgamy po drugi kieliszek. Następnego dnia nie wystarczają nam te dwa – sięgamy po trzeci, itd. To pogłębia nasz nałóg i później może prowadzić do tego, co jest najtrudniejsze i najboleśniejsze w uzależnieniu – jego konsekwencji. Wtedy to już nie my rządzimy alkoholem, ale on rządzi nami.

D.B.: Czy dzisiaj, po wielu latach terapii, potrafisz wskazać moment, kiedy przekroczyłaś tę cienką granicę?

I.F.: Ja zawsze lubiłam alkohol, ponieważ on towarzyszył mi od dziecka. W mojej rodzinie nie było ani świąt, ani odwiedzin rodziny bez napełnionego kieliszka. „No bo jak to tak bez butelki?” Alkohol był wszechobecny, podobnie jak w większości polskich rodzin. Po przyjeździe do Warszawy, miałam partnera, który bardzo dużo pił. A ja… piłam razem z nim. Było to „tylko” piwo, ale kilka razy w tygodniu. Może już wtedy stałam na tej przysłowiowej granicy? W Warszawie trafiłam do zupełnie innego świata - z jednej strony pięknego, z drugiej brutalnego. Show-biznes, telewizja, okładki, moda – wielki świat, w którym jednak czułam się szalenie samotna. Zdarzało się więc, że wieczorami spotykałam się albo z moim partnerem, albo z grupą znajomych i piliśmy… „przy okazji”. Później poznałam mojego byłego męża i był to czas euforii, kochania. Ciągle byliśmy na jakiś wyjazdach, spotkaniach… Takie życie mnie zachwyciło, mnie - kopciuszka, który nagle spotkał księcia… W tamtych czasach alkoholu było wokół mnie sporo, ale nie pamiętam, abym już wtedy miała silną potrzebę picia. Pierwszy raz bardzo wyraźnie ją odczułam po urodzeniu dziecka. Zostałam w domu sama, bez świateł reflektorów, których – mając zaniżoną samoocenę – tak bardzo potrzebowałam. Wtedy też wyszło na jaw, że mój były mąż nie jest milionerem, a w rankingu „Wprost” występował głównie z długami - jego wartości w rzeczywistości nie odzwierciedlały pieniądze na koncie, a kwoty kredytów. Wtedy te moje marzenia o kopciuszku, który realizował się u boku księcia z bajki, nagle legły w gruzach. Okłamywałam się, że to tylko chwilowe, ale problemy zaczęły się piętrzyć - brak pieniędzy, ja sama w domu, z odrostami, za gruba po ciąży i… samotna. Bo mąż… nie ma czasu, pracuje, musi się wyspać. Byłam tym zmęczona, brakowało mi ciepła i bliskości. Był to też czas, kiedy na całym świecie na wybiegi wracały starsze modelki, więc pomyślałam, że to idealny moment na mój powrót. Obdzwoniłam różne polskie firmy, marki, stylistów i magazyny i przekonywałam, że jestem najlepszą osobą do reklamowania ich produktów. Musiałam to zrobić - chciałam dowartościować siebie i szukałam jeszcze jakieś innego zajęcia, niż tylko siedzenie w samotności z dzieckiem w domu. Poza tym potrzebowaliśmy pieniędzy. Wróciłam do pracy na moment i… zaszłam w drugą ciążę. Wtedy było jeszcze gorzej - jeszcze mniej pieniędzy, jeszcze więcej długów i komorników pukających do drzwi. I w tym wszystkim ja - nieodnajdująca siebie, bez wsparcia męża. Bo jemu wydawało się, że niemówienie mi o problemach jest załatwieniem sprawy. A niewiedza jest dużo gorsza. I ciągle mnie oszukiwał, że wszystko będzie dobrze, że jeszcze miesiąc i wszystko się ułoży... Ufałam bezgranicznie. Wtedy właśnie, po urodzeniu drugiego dziecka i nawarstwieniu się tych wszystkich problemów, zaczęłam odczuwać bardzo silną potrzebę wieczornego picia. Adam miał pół roku, Maciek niespełna trzy latka, a ja – czekałam tylko, aż dzieci usną i wreszcie będą mogła się napić.

D.B.: Twoje picie nie polegało na upijaniu się do nieprzytomności, nie miewałaś „urywanych filmów”, ale butelka stale musiała być w pogotowiu…

I.F.: … tak, najczęściej w kuchni, bo tam spędzałam najwięcej czasu i najłatwiej było mi wyjąć ten jeden kieliszek. Fakt, nie piłam bardzo dużo, ani też bardzo się nie upijałam, ale po lampce wina odczuwałam spokój. Znikały gdzieś wewnętrzna męka, smutek, żal, poczucie niesprawiedliwości – wszystko to, co mnie bolało… Wieczorami było mi „dobrze”, ale w ciągu dnia czułam się potwornie. Miałam wyrzuty sumienia, bo wiedziałam, że nie jestem taką matką dla moich dzieci, jaką chciałabym być. W tamtym okresie ważniejsze było dla mnie oczekiwanie na wieczór, kieliszek i napicie się niż radość z posiadania cudownych synów. Wtedy nie miałam jeszcze świadomości, że to już może być uzależnienie. Nie widziałam problemu, bo przecież nie piłam dużo, a dom i dzieci były zawsze zadbane… Teraz już wiem, że domowe obowiązki wykonywałam mechanicznie, a szczęśliwa stawałam się tylko na chwilę – gdy piłam.

D.B.: To twój były mąż jako pierwszy dostrzegł, że coś z tym twoim piciem nie jest w porządku. Wówczas – w 2003 roku – rozpoczęłaś pierwszą terapię odwykową.

I.F.: Mąż zawiózł mnie do pruszkowskiego szpitala odwykowego. Kto był na oddziale IX w Tworkach, ten wie, o czym mówię… To jest leczenie zamknięte, kilkutygodniowe. Ludzie wyglądają bardzo różnie, część z nich przebywa tam z nakazu sądowego. To z jednej strony ostateczność, z drugiej - jedna z najlepszych form terapii. Kiedy trafiłam tam po raz pierwszy, byłam wściekła na męża, że mnie tam przywiózł. Wmawiałam sobie, że jestem lepsza, inna, nie pasuję do tych ludzi… Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z panią Jagodą Fudałą i jej słowa, matczyność i troska – to było to, czego mi najbardziej brakowało… Chyba dlatego zdecydowałam się podjąć leczenie. Przez wzgląd na dzieci nie zostałam jednak w Tworkach - „dochodziłam” na terapię przy ul. Meander. Wtedy udało mi się nie pić przez ponad 4 lata i w tym czasie… żyłam w kolejnej iluzji – udanego małżeństwa i szczęśliwej rodziny, które w rzeczywistości nie istniały. Były za to następne problemy i kolejne długi. Mąż nie traktował mnie jednak jako równorzędnego partnera do rozmów na temat pieniędzy. Co z tego, że świetnie rozwijałam swoją firmę i fundację, dostawałam nagrody za charytatywność, przychodziły do mnie wielkie koncerny z prośbą, abym zrobiła dla nich imprezy, skoro… wciąż słyszałam, że nie znam się na finansach, on wie lepiej… A ja tylko przelewałam swoje pieniądze na jego konto... Wtedy jeszcze nie odbierałam tego jako przemocy psychicznej i ekonomicznej, ale później uświadomiłam sobie, że padłam ich ofiarą.

D.B.: I po tych 4 latach abstynencji w końcu zapiłaś…

I.F.: Tak. Na początku, jak wielu alkoholików, próbowałam się kontrolować… Wróciłam do picia w 2007 roku, kiedy zdałam sobie sprawę, że moje życie jest jednym, wielkim oszustwem. W rzeczywistości nie kochałam męża, nasz związek w zasadzie nie istniał i nie było między nami żadnej więzi ani bliskości. Jednocześnie moja matka od zawsze wpajała mi, że małżeństwo to jedność, trzeba w nim trwać i niezależnie od sytuacji nie może być mowy o rozwodzie… Więc ja coraz głębiej wchodziłam w ten przemocowy związek. Czułam się jak w bagnie, które mnie wciąga, a ja nie byłam w stanie się z niego wydostać. Poddałam się... i zaczęłam pić. Alkohol był dla mnie najprostszą metodą rozwiązywania problemów. Bo w tamtym momencie nie widziałam żadnego rozwiązania, nie dopuszczałam możliwości rozwodu. „Nie – dzieci muszą mieć oboje rodziców” – myślałam. Tym bardziej, że ja sama nie miałam prawdziwej rodziny, o jakiej marzy każde dziecko. Nie znam swojego biologicznego ojca, a od ojczyma, po moim głośnym w mediach wypadku samochodowym, usłyszałam, że powinnam zmienić nazwisko, bo przynoszę mu wstyd…

D.B.: Po wypadku nie od razu przestałaś pić... Jak to się stało, że w końcu postanowiłaś zawalczyć o siebie?

I.F.: Znalazłam się na skraju. Alkoholik potrzebuje sięgnąć dna, no i ja w końcu silnie odczułam swoje. Pod koniec 2010 poznałam kogoś i myślałam, że uda mi się z tą osobą stworzyć udany związek. Choć nie jestem z tego dumna, bardzo ułatwiło mi to podjęcie decyzji o rozwodzie. W samochodzie woziłam nawet pozew rozwodowy. Pewnej nocy, po kolejnych ordynarnych smsach od męża, który był przekonany, że właśnie go zdradzam, a nie pracuję, napiłam się alkoholu. Wiedziałam, że później będę musiała wrócić samochodem. Była pierwsza w nocy, pusto na ulicach… Spowodowałam wypadek. Tej nocy od męża usłyszałam: „Teraz to już chyba się ze mną nie rozwiedziesz, bo kto cię taką zechce?” Groził też, że rozwód jeszcze bardziej mnie pogrąży, a ja wierzyłam, że tak się właśnie stanie. Ten wypadek to jest chyba jedyne zdarzenie, którego się tak naprawdę wstydzę. Ale było ono potrzebne, bo to właśnie było tym moim dnem… Rok 2010 był najtrudniejszym okresem w moim życiu. Ludzie, których nazywałam przyjaciółmi, odwrócili się ode mnie, show-biznes mnie skreślił i opluł. Ciągle też kręciły się wokół mnie osoby, które chciały zarobić na tej sytuacji, bo choć była ona niekorzystna dla mnie, była korzystna medialnie. Próbowali robić interes na mojej popularności – złej czy dobrej – bo, jak twierdzą niektórzy, nieważne jak, ważne by pisali. A ja się pogrążałam. Dlatego pod koniec 2010 roku podjęłam decyzję i zgłosiłam się na terapię zamkniętą.

D.B.: Wtedy spakowałaś się i pojechałaś na „dziewiątkę” w Tworkach?

I.F.: Tak, na ten sam oddział, gdzie wcześniej wszyscy wydawali się gorsi ode mnie. Wtedy już wiedziałam, że wcale nie jestem lepsza. Przekonałam się, że alkoholizm to choroba śmiertelna i to, co robię, zbliża mnie do śmierci. Pojechałam do Tworek i po konsultacji terapeuci doszli do wniosku, że potrzeba mi psychoterapii grupowej. Bo aby naprawdę przestać pić trzeba rozwiązać problemy, które powodowały, że nie potrafiliśmy żyć bez alkoholu. Trafiłam na psychoterapię zamkniętą – uczestniczyłam w niej prawie 3 miesiące. A jednak po tym wszystkim, co wcześniej usłyszałam od męża po wypadku, podświadomie brałam w niej udział, aby nauczyć się z nim być. Bo przecież był taki dobry – przyjął mnie! Nawet od mojej mamy, którą kocham i uwielbiam, słyszałam: „Zobacz, on kocha dzieci, pomaga ci i cię wspiera”. Wewnętrznie czułam, że to wszystko nieprawda. Po wyjściu na przepustkę „spełniałam obowiązki małżeńskie”, o czym było tak głośno w mediach. I było mi tak z tym źle, że znowu zapiłam… Tym razem wróciłam na terapię jeszcze pod wpływem alkoholu. Zostałam wyrzucona dyscyplinarnie. Wiedziałam jednak, że leczenie jest jedynym, co może mnie uratować. Po rozmowach z panią ordynator pozwolono mi wrócić po miesiącu, jeżeli faktycznie nie będę piła. I wróciłam - z absolutnym przekonaniem, że muszą wziąć rozwód, i świadomością, że terapia nie polega na tym, abym ja nauczyła się być z kimś, ale dowiedziała się, jak być ze sobą. Nie piję od 1 września 2011. Wtedy mój mąż złożył wniosek rozwodowy, a ja zgodziłam się na wszystkie warunki – dzieci zostały przy nim, a on otrzymuje alimenty, ponieważ bałam się, że nie przetrwam tych wszystkich spraw sądowych, które by mnie czekały, i wrócę do picia. A tylko osoba uzależniona wie, jak trudno jest przestać pić... Wypłakałam morze łez u mojej cudownej psychoterapeutki Alicji Szowy i ona mi wciąż powtarzała: „posłuchaj serca, posłuchaj siebie”. Wewnętrznie wiedziałam, że moja zgoda na te warunki nie była wyrazem tego, że jestem złą matką, ale przeciwnie – robiłam to dla dzieci. Wiedziałam, że aby być dobrą matką, muszę przestać pić.

D.B.: Dziś nie pijesz już ponad dwa lata. Jakie narzędzia dała Ci terapia i udział w mityngach Anonimowych Alkoholików?

I.F.: Mówi się, że aby zdrowieć trzeba zmienić całe swoje życie. Choć było trudno - ja to zrobiłam. Poznałam siebie i dziś nie boję się wyrażać własnego zdania. Nauczyłam się też żyć ze świadomością wszechobecności alkoholu, bo mieszkam w kraju, gdzie jest on dostępny na każdym kroku. Staram się unikać imprez, na których wiem, że będzie się piło. To moja świadoma decyzja. W swoim życiu miałam już „suche kace”, gdy po zakrapianych imprezach, mimo że ja nie piłam, po jednym spojrzeniu na butelkę piwa budziła się we mnie zapomniana myśl: „ojej, ale bym się napiła”. Mówi się: „Dla alkoholika jeden kieliszek to za dużo, a tysiąc - za mało”. Po pierwszym kieliszku może już nigdy nie przestanę pić, więc wolę w ogóle nie próbować. Byłam już w nawrocie i wiem, jak ciężko było przestać. Pomaga mi także AA. Na początku trzeźwienia poleca się, aby pójść na 90 mityngów w 90 dni, aż w końcu znajdzie się ten swój... Ja taki znalazłam przy ul. Dereniowej w Warszawie, choć przyznaję, że dawno na nim nie byłam. Mityngi są bardzo różne - często nawiązują do wiary, kościoła, Boga i nie każdemu to odpowiada. Jeśli jednak pójdziemy na kilka, to wkrótce może się okazać, że znajdziemy taki, który nam podpasuje. Mityng jest czymś, czego w obecnych czasach brakuje, zwłaszcza kobietom - zastępuje dawne spotkania przy darciu pierza i haftowaniu, podczas których był czas na rozmowę. Kobiety mogły się wygadać - rozmawiały o swoim nieszczęśliwym życiu, mężczyznach, nie oczekując wcale rad. Jednocześnie mogły też posłuchać innych kobiet i przekonać się, że im również nie wszystko pomyślnie się układa. Bo my bardzo często żyjemy w przeświadczeniu, że z naszymi problemami jesteśmy sami i już nic gorszego nie może nas spotkać. Idąc na mityng, poznajemy ludzi, którzy mieli poważniejsze problemy, a wyszli z nich obronną ręką, i to daje nam nadzieję. A jednocześnie możemy się wygadać, bo powiedzenie na głos o problemie jest tak naprawdę częścią jego rozwiązania. Mówienie na głos jest w ogóle czymś nieprawdopodobnym. To kolejna umiejętność, którą nabyłam w trakcie terapii – jeżeli coś mi nie pasuje, po prostu o tym mówię. To jest aż tak proste! (śmiech)

D.B.: Czy twoja obecna abstynencja różni się czymś od tej poprzedniej, która trwała przecież dłużej?

I.F.: Zdecydowanie. Teraz czuję, że trzeźwieję - jestem w terapii, szkolę się, wciąż czytam, dowiaduję się czegoś nowego, nie tylko o alkoholu, ale również o sobie. Dziś jestem bardziej świadoma. Wcześniej przemawiała przeze mnie pycha młodej osoby, która przestała pić i zachłysnęła się tym, że w ogóle można żyć bez alkoholu. Bo wtedy ja tak naprawdę nie trzeźwiałam – ja po prostu nie piłam. I dlatego w tym kryzysowym momencie pierwsze, co zrobiłam, to sięgnęłam po alkohol. A teraz wiem, że zadzwoniłabym do Alicji, porozmawiałabym z partnerem, poszłabym na mityng. Dziś jestem osobą niepijącą i trzeźwiejącą. Wtedy byłam tylko abstynentką.

D.B.: Wśród znanych osób jest wielu uzależnionych, ale niewiele z nich publicznie angażuje się w ten problem. Skąd w tobie ta potrzeba?

I.F.: Wiedziałam, że muszę ratować siebie, a mówienie o tym publicznie pomoże mi w tym. Moje przyznanie się do alkoholizmu nie było chęcią kajania się przed kimkolwiek, ale raczej ochroną siebie. Wiedziałam, że ukrywanie choroby będzie zostawianiem sobie furtki do tego, aby się w końcu napić… To mnie motywuje, a jednocześnie czuję, że moim publicznym przyznaniem się dałam wsparcie innym alkoholikom i ludziom, którzy szukają pomocy. Otrzymuję od nich wiele listów, w których dziękują mi za to, że mówię o tym na głos, że dzięki temu nie czują się gorsi. Bo ja wciąż będę powtarzać: jestem alkoholiczką, jestem uzależniona, nie piję, ale nie jestem gorsza! Ostatnio szukałam nawet pomysłu na to, jak mówić o tym jeszcze głośniej i szerzej - do większej ilości ludzi. Dla mnie publicznie powiedzenie „jestem uzależniona” nie jest już żadnym problemem - absolutnie się tego nie wstydzę. Ja tak bardzo zaakceptowałam siebie i chyba nawet pokochałam to moje uzależnienie, bo wiem, że to ono tak naprawdę paradoksalnie uratowało mi życie. Dziś nie boję się stanąć i powiedzieć: „Owszem, przeszłam tę drogę, zrobiłam przez alkohol wiele złych rzeczy, ale dzięki terapii jestem tu i teraz i chcę zmieniać stereotypy – to, jak postrzega się osoby uzależnione”. I widzę, że to niesamowicie działa.

D.B.: A co było najtrudniejsze w publicznym przyznaniu się do choroby? Na pewno spodziewałaś się, że część osób będzie Ci zarzucać, że chcesz się lansować na chorobie…

I.F.: Tym osobom, które tak twierdzą, wcale nie życzę, aby przeżyły to moje „lansowanie” - ten ostracyzm i codzienne szkalowanie! Nie mam aż tak mocnego parcia na szkło, że chcę tylko, aby było o mnie głośno, obojętnie w jaki sposób. Ciągle czytam, że po raz kolejny mówię o alkoholu, bo już nic innego nie mam do powiedzenia. Te osoby nie rozumieją, że w tym momencie to jest dla mnie najważniejsze – na temat uzależnienia, mechanizmów i wychodzenia z nałogu wiem najwięcej. I jeżeli fakt, że o tym mówię, daje komuś siłę, to będę mówić dalej, i nieważne, że będą mnie za to krytykować… Zresztą każda krytyka - jeśli jest konstruktywna - pomaga mi. Zarzuca mi się, że mówię za dużo, i to o rzeczach, o jakich nie powinno się w naszym kraju mówić na głos, oraz że publicznie piorę swoje brudy. Ale dla mnie to nie są żadne „brudy”! To są sytuacje, z jakimi miliony kobiet zmagają się na co dzień i nie potrafią sobie poradzić… Mnie się udało i wiem, że to, co robię, pomaga innym. Jeden list od kobiety, która twierdzi, że dzięki temu odzyskała życie i szczęście, jest dla mnie dużo ważniejszy niż tysiąc „hejtów”.

D.B.: Czego spodziewasz się po nowej książce?

I.F.: Chciałabym, aby kobiety zaczęły walczyć o siebie, ale na to też trzeba być gotowym. Wszystko w życiu ma swój odpowiedni moment. Dlatego liczę na dużo rozsądku u osób, które sięgną po moją książkę. Mam nadzieję, że wielu z nich otworzy ona oczy, pokaże, że życie może być dużo łatwiejsze. Bo tak naprawdę picie jest zapijaniem i nierozwiązywaniem problemów.

D.B.: A zastanawiałaś się, co by było gdybyś znów zapiła?

I.F.: Nie, nie myślę o tym. Tego też nauczyła mnie terapia – nie robić projekcji i nie zastanawiać się, co by było gdyby. Dziś robię wszystko, aby być z dala od alkoholu. Gdybym jednak znów sięgnęła po kieliszek, to wiem, że natychmiast pobiegnę na terapię, do mojej terapeutki, na mityng. Bo chcę żyć. Wiem, że warto.

D.B.: Znalazłaś swoją receptę na alkoholizm?

I.F.: Myślę, że cały czas jej szukam, ale na pewno w trzeźwieniu ważne są pasja, realizowanie siebie oraz znalezienie w sobie tego, po co żyjemy. Mocno wierzę w to, że każdy z nas ma do spełnienia jakąś misję. To może być stanie się dobrym lekarzem, zasadzenie jednego drzewa, nauczenie się parzenia herbaty, albo też łamanie stereotypów na temat uzależnienia. Każdy ma tutaj coś do zrobienia i trzeba próbować to odnaleźć. Należy być sobą i nieustannie szukać siebie. Kiedyś, gdy ktoś mówił „odnalazłem siebie”, zastanawiałam się, o co mu do licha chodzi? Przecież ja jestem sobą… A teraz wiem, jak bardzo sobą nie byłam. Dlatego warto szukać.

D.B.: Dziękuję za rozmowę!

Wywiad pochodzi z portalu www.uzaleznienie.com.pl Rozmawiała Dorota Bąk



Zdjęcia: Arcadius Mauritz

Więcej o najnowszej książce Ilony Felicjańskiej znajdziesz TUTAJ
Trwa ładowanie komentarzy...